Żabka się zbiesiła ;(
I to tak się zbiesiła, że nie chce zdradzić co jej przeszkadza. Bo, że coś jest nie tak, ewidentnie słychać i widać.
Od kilku dni powarkuje...raz głośniej, to znowu ciszej i jakoś nie bardzo chce jej się ruszać.
Żabki niby nie warczą, ale moja mechaniczna Żabka, do tej pory wydawała z siebie przyjemny pomruk, czasami zamieniający się w lekki warkot, gdy gaz trochę jej dociskałam ;)
No ale coś w trzewiach nie tak pracuje i trzeba było do mechanika odstawić.
Mechanik odpytał mnie na wszystkie strony i się zabrał za stawianie diagnozy.
Po prawie 4 godzinach, pomaszerowałam po odbiór Żabki.
I dooooopa.....Swoim mocno wyspecjalizowanym językiem, poinformował mnie, że możliwości jest od groma i ciut, ciut...w związku z powyższym, póki się nie "wywarczy", czyli nie klęknie ostatecznie i nieodwołalnie, to jak wróżenie z fusów. Dbając o mój portfel, odradzał rozbebeszanie Żabki.
Pisałam już o przygodach z piecem, który ma się wybzyczeć, bo koszt naprawy dosyć wysoki, więc póki działa i bzyczy..to tak ma być!
To teraz jeszcze żabka doszła ...ma warczeć, aż się wywarczy !
Jakieś niewielkie kosmetyczne poprawki uczynił...jak wymiana drążka biegów, bo troszku mało estetycznie wyglądał, gdzieś tam, coś tam dokręcił, bo się delikatnie tłukło...no ale z warczeniem nie dał rady.
I wszystko pięknie (?)...tylko ja nie lubię przemieszczać się pojazdem, ze świadomością, że w każdej chwili może odmówić współpracy :(
Siadam za kierownicą Żabki z duszą na ramieniu, z jedną myślą w głowie...."dojadę? czy nie dojadę?...oto jest pytanie".
Beata
Spodobała Ci się któraś z moich toreb?
Chciałabyś mieć torbę wyjątkową, niebanalną ?
Napisz :catinabagg@gmail.com
Kto pyta, nie błądzi :)
Chciałabyś mieć torbę wyjątkową, niebanalną ?
Napisz :catinabagg@gmail.com
Kto pyta, nie błądzi :)
środa, 13 listopada 2013
wtorek, 12 listopada 2013
Malinowo i różowo
Wczoraj robiłam ostatnie, jesienne porządki w swoim ogródeczku ;)
Krecie kopce "rozniosłam" łopatą....i teraz mam trawnik upstrzony wielkimi "kropami" ;)
Ale najważniejsze, co chciałam pokazać, to moje maliny.
Tak, tak....wczoraj zjadłam kilkanaście malin prosto z krzaka :)
Malinki miały piękny kolor, były bardo soczyste...ale przyznać muszę, że smak mało malinowy miały. To niestety ostatnie już owoce, w tym roku...
Pochwalę się również, co zdołałam wydziergać przez te kilka dni.
Dziergałam, dziergałam, dziergałam.....i osiągnęłam 200 x 27 cm. Przede mną jeszcze prawie 200 x 150 cm szydełkowania, "różanej" firanki.
Kilka wyzwań czeka na mnie w pracowni "skórzanej", więc lecę się wyżyć :)
Beata
PS. ......ludzie listy piszą.....więc Wy piszcie do Mikołaja .
Krecie kopce "rozniosłam" łopatą....i teraz mam trawnik upstrzony wielkimi "kropami" ;)
Ale najważniejsze, co chciałam pokazać, to moje maliny.
Tak, tak....wczoraj zjadłam kilkanaście malin prosto z krzaka :)
Malinki miały piękny kolor, były bardo soczyste...ale przyznać muszę, że smak mało malinowy miały. To niestety ostatnie już owoce, w tym roku...
Pochwalę się również, co zdołałam wydziergać przez te kilka dni.
Dziergałam, dziergałam, dziergałam.....i osiągnęłam 200 x 27 cm. Przede mną jeszcze prawie 200 x 150 cm szydełkowania, "różanej" firanki.
Kilka wyzwań czeka na mnie w pracowni "skórzanej", więc lecę się wyżyć :)
Beata
PS. ......ludzie listy piszą.....więc Wy piszcie do Mikołaja .
poniedziałek, 11 listopada 2013
Od pałki...do skóry (4)
Przez wiele lat marzyłam o Wranglerach, albo żeby mieć Rifle.
Takie spodnie kosztowały kiedyś majątek i można je było nabyć tylko w sklepach "Pewex". Ewentualnie na rynku, od ludzi którzy mieli rodzinę w "Stanach" i sprzedając przysłane dobra, reperowali swój budżet :)
Dla młodszych czytelników informacja : "Pewex" to był sklep, w którym można było kupować tylko za tzw. dewizy, czyli dolary albo bony. Posiadanie takiej reklamówki, to także było marzenie.
Dolary były do nabycia tylko drogą nielegalną, u cinkciarzy ;)
Zupełnie nie pamiętam jaki był przelicznik, grunt, że moich rodziców nie było stać na taki zbytek.
Cóż, chodziłam w "wycierusach" firmy "Odra". Do pierwszego prania wyglądały jako tako, ale z czasem nabrały jakiegoś różowego odcienia i męki przeżywałam, kiedy musiałam wyjść w nich na ulicę! Swoją drogą, te paskudne gacie, były wystane w jakiejś horrendalnej kolejce !
Pamiętam swoje super, hiper modne spodnie, mianowicie szwedy. Jeździłam kawał drogi, do krawca, który posiadł tajemną wiedzę ich szycia ;) Bo nie każdy krawiec podjął się ich wykonania! Krawca wynalazła koleżanka i jeździłyśmy autobusem, na jakąś zapadłą wieś, 40 minut w jedną stronę. Poświęcenie to było ogromne, bo psy nas obszczekiwały i goniły. Szłyśmy nie oświetlona drogą, zapadając się po kostki w błocku. Ale warto było ;))))
Z sentymentem wspominam spódniczkę z zamszu. Była taka moda, na spódnice zamszowe, zapinane z przodu na zatrzaski. Szyta była z kilku klinów i ozdobiona ażurkiem kwiatowym. Matko!!! jaka ja byłam szczęśliwa, kiedy ją dostałam.
To zdjęcie znalazłam w necie;) Brakuje ażurka na dole.
To był czas , jak mi się zdaje, końca podstawówki. Już wtedy dziergałam na drutach. Pod okiem babci oczywiście, uczyłam się różnych ściegów. Mój pierwszy sweterek, był koloru paskudnego-brązowego. Bo przecież zdobycie włóczki w przyzwoitym kolorze, graniczyło z cudem. Ale i tak byłam dumna, bo chociaż kolor był ...bleeee....to przynajmniej miał niepowtarzalny wzór.
Tym dzierganiem, przez wiele lat, uzupełniałam swoją garderobę. Często, zamiast jakiejś gotowej "szarzyzny" wolałam kilka motków włóczki, jakiejkolwiek. Bo to dawało mi szansę na zrobienie czegoś innego, niż było dostępne w sklepach. Z tym, że za włóczką też trzeba było odstać "swoje". Była jeszcze opcja sprucia starego swetra, ale z takiej włóczki paskudnie się robiło ;)
Pierwsze samodzielne szycie, to też z tamtego okresu. Dorwałam jakiś numer "Burdy" i z niej uszyłam sobie komplet : bluzkę i spódnicę. Granatowy materiał, w drobne kwiatuszki :)A ponieważ w domu nie było maszyny do szycia, to szyłam ręcznie. Kosztowało mnie to sporo pracy, ale byłam dumna jak paw !!!
Ciekawe jak odnalazłaby się dzisiejsza młodzież, w tych zamierzchłych czasach.
Beata
Takie spodnie kosztowały kiedyś majątek i można je było nabyć tylko w sklepach "Pewex". Ewentualnie na rynku, od ludzi którzy mieli rodzinę w "Stanach" i sprzedając przysłane dobra, reperowali swój budżet :)
Dla młodszych czytelników informacja : "Pewex" to był sklep, w którym można było kupować tylko za tzw. dewizy, czyli dolary albo bony. Posiadanie takiej reklamówki, to także było marzenie.
Dolary były do nabycia tylko drogą nielegalną, u cinkciarzy ;)
Zupełnie nie pamiętam jaki był przelicznik, grunt, że moich rodziców nie było stać na taki zbytek.
Cóż, chodziłam w "wycierusach" firmy "Odra". Do pierwszego prania wyglądały jako tako, ale z czasem nabrały jakiegoś różowego odcienia i męki przeżywałam, kiedy musiałam wyjść w nich na ulicę! Swoją drogą, te paskudne gacie, były wystane w jakiejś horrendalnej kolejce !
Pamiętam swoje super, hiper modne spodnie, mianowicie szwedy. Jeździłam kawał drogi, do krawca, który posiadł tajemną wiedzę ich szycia ;) Bo nie każdy krawiec podjął się ich wykonania! Krawca wynalazła koleżanka i jeździłyśmy autobusem, na jakąś zapadłą wieś, 40 minut w jedną stronę. Poświęcenie to było ogromne, bo psy nas obszczekiwały i goniły. Szłyśmy nie oświetlona drogą, zapadając się po kostki w błocku. Ale warto było ;))))
Z sentymentem wspominam spódniczkę z zamszu. Była taka moda, na spódnice zamszowe, zapinane z przodu na zatrzaski. Szyta była z kilku klinów i ozdobiona ażurkiem kwiatowym. Matko!!! jaka ja byłam szczęśliwa, kiedy ją dostałam.
To zdjęcie znalazłam w necie;) Brakuje ażurka na dole.
To był czas , jak mi się zdaje, końca podstawówki. Już wtedy dziergałam na drutach. Pod okiem babci oczywiście, uczyłam się różnych ściegów. Mój pierwszy sweterek, był koloru paskudnego-brązowego. Bo przecież zdobycie włóczki w przyzwoitym kolorze, graniczyło z cudem. Ale i tak byłam dumna, bo chociaż kolor był ...bleeee....to przynajmniej miał niepowtarzalny wzór.
Tym dzierganiem, przez wiele lat, uzupełniałam swoją garderobę. Często, zamiast jakiejś gotowej "szarzyzny" wolałam kilka motków włóczki, jakiejkolwiek. Bo to dawało mi szansę na zrobienie czegoś innego, niż było dostępne w sklepach. Z tym, że za włóczką też trzeba było odstać "swoje". Była jeszcze opcja sprucia starego swetra, ale z takiej włóczki paskudnie się robiło ;)
Pierwsze samodzielne szycie, to też z tamtego okresu. Dorwałam jakiś numer "Burdy" i z niej uszyłam sobie komplet : bluzkę i spódnicę. Granatowy materiał, w drobne kwiatuszki :)A ponieważ w domu nie było maszyny do szycia, to szyłam ręcznie. Kosztowało mnie to sporo pracy, ale byłam dumna jak paw !!!
Ciekawe jak odnalazłaby się dzisiejsza młodzież, w tych zamierzchłych czasach.
Beata
piątek, 8 listopada 2013
Jak drzewiej /w prasie/ bywało....
Właściwie , to nie wiem od czego zacząć, bo dzisiejszy post, to będzie kilka grzybków w barszczu....hi hi hi..
Zacznę od tego, że w końcu wczoraj doczekałam się kordonka, z którego ma powstać firanka. O firankę poprosiła mnie synowa...no to ja oczywiście z wielką radością się biorę za dzierganie :) Co prawda prośba datowana jest na maj tego roku...ale zastrzegłam sobie, że nie wcześniej jak jesienią wezmę się za nią.
To materiał niezbędny do "produkcji" firanki :)
Na dostawę czekałam dwa tygodnie, bo okazuje się, że zgromadzenie 12 motków w jednym kolorze i odcieniu nie jest najłatwiejszą sprawą...hm.
A teraz coś o wzorze jaki ma na tej firance widnieć. Synowa wymarzyła sobie róże. Właściwie żaden kłopot, wystarczy w gugle wpisać "róże szydełkowe"....i z wielości obrazków, na pewno znajdzie się niejeden wzór. No....to byłoby za łatwe. Wzór zaczerpnęłam z pięknego, przepięknego Ilustrowanego Magazynu Tygodniowego "AS", za 40 groszy ;)))) (*)
Numer jest z 2 lutego 1936 r....oto dowód
Na tym zdjęciu jest nasz słynny Jan Kiepura. To kadr z filmu "Daj mi tę noc", kręconego w Hollywood...
A tu podpowiedzi, dla każdej gospodyni, jak powinno wyglądać menu, w porządnym domu ;)
cyt........"Zupa z drobiu z grysikiem. Rizotto z grzybkami. Indyk lub indyczka pieczona z kompotem. Tort pomarańczowy.
Kolacja: Zimny indyk z sosem tatarskim."
albo ....
"Rosół z francuskiemi kluskami. Hachee z mięsa rosołowego w rancie z ryżu i sosem pomidorowym. Pieczeń sarnia z brusznicowym kompotem. Kruche rożki z orzechami.Kolacja: Flaczki z parmezanem."
Kolejna strona
To strona plotkarska ;)...w wydaniu mini, bo tylko jedna strona...dzisiaj całe periodyki są takim tematom poświęcone.
Kolejna karta i temat poważny...bo o powstawaniu bazy wojskowej na wyspie Midway.
No i w końcu doszłam do tematu, który spowodował że sięgnęłam po tą gazetę....
Jedna strona poświęcona na robótki szydełkowe. Maleńki cytat pochodzący z tekstu opisującego serwetki ;)
..."Ręczna robótka, to przytem najlepsza przyjaciółka kobiety. Od bardzo dawnych czasów współżyje piękna pani każdej epoki z ręczną robótką...." pisownia oryginalna.
I taki se wniosek wyciągnęłam, jako że współżyję na co dzień z robótkami ręcznymi , to jestem "piękna pani" !.. i tego się trzymam i nie puszczę!!!!
Na bazie serwetek z "AS"-a wyrysowałam swoje róż.
Poczyniłam jedną próbkę....i sprułam......Poczyniłam następną, to ona
Firanka będzie miała wymiary 200cm x 170 cm......
Od dzisiaj zaczynam poważne "współżycie" z szydełkiem ;))))
* Nie jestem posiadaczką tej cudnej gazety :( pożyczyłam .
===================================================
Z frontu "skórzanego".
Takie etui uszyłam
Pojechało w Polskę ;))))
Beata
PS. Piszcie list do mikołaja .
Zacznę od tego, że w końcu wczoraj doczekałam się kordonka, z którego ma powstać firanka. O firankę poprosiła mnie synowa...no to ja oczywiście z wielką radością się biorę za dzierganie :) Co prawda prośba datowana jest na maj tego roku...ale zastrzegłam sobie, że nie wcześniej jak jesienią wezmę się za nią.
To materiał niezbędny do "produkcji" firanki :)
A teraz coś o wzorze jaki ma na tej firance widnieć. Synowa wymarzyła sobie róże. Właściwie żaden kłopot, wystarczy w gugle wpisać "róże szydełkowe"....i z wielości obrazków, na pewno znajdzie się niejeden wzór. No....to byłoby za łatwe. Wzór zaczerpnęłam z pięknego, przepięknego Ilustrowanego Magazynu Tygodniowego "AS", za 40 groszy ;)))) (*)
Na tym zdjęciu jest nasz słynny Jan Kiepura. To kadr z filmu "Daj mi tę noc", kręconego w Hollywood...
A tu podpowiedzi, dla każdej gospodyni, jak powinno wyglądać menu, w porządnym domu ;)
cyt........"Zupa z drobiu z grysikiem. Rizotto z grzybkami. Indyk lub indyczka pieczona z kompotem. Tort pomarańczowy.
Kolacja: Zimny indyk z sosem tatarskim."
albo ....
"Rosół z francuskiemi kluskami. Hachee z mięsa rosołowego w rancie z ryżu i sosem pomidorowym. Pieczeń sarnia z brusznicowym kompotem. Kruche rożki z orzechami.Kolacja: Flaczki z parmezanem."
Kolejna strona
To strona plotkarska ;)...w wydaniu mini, bo tylko jedna strona...dzisiaj całe periodyki są takim tematom poświęcone.
Kolejna karta i temat poważny...bo o powstawaniu bazy wojskowej na wyspie Midway.
No i w końcu doszłam do tematu, który spowodował że sięgnęłam po tą gazetę....
Jedna strona poświęcona na robótki szydełkowe. Maleńki cytat pochodzący z tekstu opisującego serwetki ;)
..."Ręczna robótka, to przytem najlepsza przyjaciółka kobiety. Od bardzo dawnych czasów współżyje piękna pani każdej epoki z ręczną robótką...." pisownia oryginalna.
I taki se wniosek wyciągnęłam, jako że współżyję na co dzień z robótkami ręcznymi , to jestem "piękna pani" !.. i tego się trzymam i nie puszczę!!!!
Na bazie serwetek z "AS"-a wyrysowałam swoje róż.
Poczyniłam jedną próbkę....i sprułam......Poczyniłam następną, to ona
Firanka będzie miała wymiary 200cm x 170 cm......
Od dzisiaj zaczynam poważne "współżycie" z szydełkiem ;))))
* Nie jestem posiadaczką tej cudnej gazety :( pożyczyłam .
===================================================
Z frontu "skórzanego".
Takie etui uszyłam
Pojechało w Polskę ;))))
Beata
PS. Piszcie list do mikołaja .
czwartek, 7 listopada 2013
Jak mama z córką ....
Jakiś czas temu, popełniłam torbę z pawiem. Z ogromnych emocji nie zrobiłam jej zdjęć...bo tak szybko leciałam z nią na pocztę, że mi się zabyło.
Dzisiaj błąd naprawiam. W fazie jej powstawania kilka zdjęć popełniłam, to jedno z nich
A jeszcze jedno wrzucę
Torba powstała i pognała do Ilonki i teraz zdjęcia wykonane przez nią.
Ilonka już jakiś czas używa jej i potwierdza, że pakowna jest!!!!
A w komplecie do tej "pawiowej" torby powstała torebusia dla córusi. No nie z pawiem, a z kotem ;) ale tło aplikacji jest takie samo. Proces jej tworzenia już opisywałam tutaj , więc dzisiaj nie będę się powtarzać ;)
Torebusia dotarła we wtorek do adresatki.
Podszewka też kocia, bo jak inaczej?
U Ilonki możecie zobaczyć sesję zdjęciową z udziałem prześlicznej modelki.
Muszę powiedzieć, że tremę miałam okrutną, bo to moja pierwsza torebka dla tak małej klientki, a jak wiadomo tak młode osóbki, wymagające są ;)
A tak w ogóle, to zaglądajcie do Ilonki, bo u niej pięknie się dzieje :)
A na koniec jeszcze jedno zdjęcie.
To logo Cat in a bag, z plasteliny, w wykonaniu Laury, córki Ilonki, posiadaczki kociej torebusi. Jest piękne !!!!
Beata
PS. Przypominam o swojej zabawie "List do Mikołaja" . Prezenty czekają :)
Dzisiaj błąd naprawiam. W fazie jej powstawania kilka zdjęć popełniłam, to jedno z nich
A jeszcze jedno wrzucę
Torba powstała i pognała do Ilonki i teraz zdjęcia wykonane przez nią.
Ilonka już jakiś czas używa jej i potwierdza, że pakowna jest!!!!
A w komplecie do tej "pawiowej" torby powstała torebusia dla córusi. No nie z pawiem, a z kotem ;) ale tło aplikacji jest takie samo. Proces jej tworzenia już opisywałam tutaj , więc dzisiaj nie będę się powtarzać ;)
Torebusia dotarła we wtorek do adresatki.
Podszewka też kocia, bo jak inaczej?
U Ilonki możecie zobaczyć sesję zdjęciową z udziałem prześlicznej modelki.
Muszę powiedzieć, że tremę miałam okrutną, bo to moja pierwsza torebka dla tak małej klientki, a jak wiadomo tak młode osóbki, wymagające są ;)
A tak w ogóle, to zaglądajcie do Ilonki, bo u niej pięknie się dzieje :)
A na koniec jeszcze jedno zdjęcie.
To logo Cat in a bag, z plasteliny, w wykonaniu Laury, córki Ilonki, posiadaczki kociej torebusi. Jest piękne !!!!
Beata
PS. Przypominam o swojej zabawie "List do Mikołaja" . Prezenty czekają :)
środa, 6 listopada 2013
...łzy leję....
Mój niewielki ogródek, mimo że niewielki, jest podzielony na dwie części.
Jedna część, ta przed domem, można by rzec, jest reprezentacyjna ;)
A druga, za domem, pełni rolę rekreacyjną, jest tam miejsce na ognisko, rosną sobie maliny, irysy.....
W okresie jesienno zimowym, to część mojej posesji bardzo rzadko odwiedzana ;) Kama ją patroluje oczywiście, ale ja raczej nie zaglądam, bo nie ma specjalnie powodu.
A się dzisiaj wybrałam po szyszki modrzewiowe, bo ogromny modrzew też tam rośnie....i mnie zatkało!!!!
Spojrzałam, na równy kiedyś trawnik i między zębami ugrzęzło mi najkoszmarniejsze przekleństwo!!!
No bo po co dbać o te nędzne areały, po co podlewać, przystrzygać, podstrzygać trawniki...no się pytam PO CO!?!?!?!?!!!!!
Widok jaki mnie przywitał był powalający
Co tam zdjęcia...i tak nie oddadzą stanu faktycznego. Trawnik mam upstrzony kopcami krecimi!!!!
Nawet jak nie ma kopca, to nogi zapadają mi się po kostki...tak rozpulchniona jest ziemia.
To jakieś "alpy", oczywiście na miarę przydomowego ogródka, przez małe "a"....ale normalnie szlag mnie trafia...sobie krety szykują trasy narciarskie...czy co????
A to kreci "mont blanc" :((((
Kiedyś przeżyłam najazd kretów...metody stosowałam różnorakie...od czosnku, przez koci żwirek, jakieś pułapki, świece dymne...no i myślałam, że jednak dałam im radę, bo jakoś ostatnio był spokój..... A tu się okazuje, że te france po prostu zbierały siły na kolejny atak!!!!!
Renki mi opadają i zła jestem...
Beata
Jedna część, ta przed domem, można by rzec, jest reprezentacyjna ;)
A druga, za domem, pełni rolę rekreacyjną, jest tam miejsce na ognisko, rosną sobie maliny, irysy.....
W okresie jesienno zimowym, to część mojej posesji bardzo rzadko odwiedzana ;) Kama ją patroluje oczywiście, ale ja raczej nie zaglądam, bo nie ma specjalnie powodu.
A się dzisiaj wybrałam po szyszki modrzewiowe, bo ogromny modrzew też tam rośnie....i mnie zatkało!!!!
Spojrzałam, na równy kiedyś trawnik i między zębami ugrzęzło mi najkoszmarniejsze przekleństwo!!!
No bo po co dbać o te nędzne areały, po co podlewać, przystrzygać, podstrzygać trawniki...no się pytam PO CO!?!?!?!?!!!!!
Widok jaki mnie przywitał był powalający
Co tam zdjęcia...i tak nie oddadzą stanu faktycznego. Trawnik mam upstrzony kopcami krecimi!!!!
Nawet jak nie ma kopca, to nogi zapadają mi się po kostki...tak rozpulchniona jest ziemia.
To jakieś "alpy", oczywiście na miarę przydomowego ogródka, przez małe "a"....ale normalnie szlag mnie trafia...sobie krety szykują trasy narciarskie...czy co????
A to kreci "mont blanc" :((((
Kiedyś przeżyłam najazd kretów...metody stosowałam różnorakie...od czosnku, przez koci żwirek, jakieś pułapki, świece dymne...no i myślałam, że jednak dałam im radę, bo jakoś ostatnio był spokój..... A tu się okazuje, że te france po prostu zbierały siły na kolejny atak!!!!!
Renki mi opadają i zła jestem...
Beata
niedziela, 3 listopada 2013
....aaaaaaa kotki dwa......
A zaczęło się od jednego.
Pierwsza kotka w moim życiu, właściwie nie była moja, tylko córki. Śliczna czarnula.
Sofi żyła 5 lat. Była wyjątkowo dystyngowaną kotką i nie dawała sobie w kaszę dmuchać. Żaden obcy nie był w stanie zaskarbić sobie jej sympatii. Niestety zachorowała i walka o jej życie, skończyła się porażką.
Po jej odejściu powiedziałam sobie..."nigdy więcej kotów, nigdy więcej troski o kocie zdrowie...."
Ten mój bunt trwał niecały miesiąc. Dom bez kota, wydał mi się pusty i zimny.
I tak trafił do mnie kocurek.
Muniek....zestresowany, wypłoszony kociak. Właściwie nie wiem czemu taki był, bo trafił do mnie z tzw. dobrego domu.. Jego mama przeszła cesarkę, kocięta były bardzo zadbane :)
Ponieważ Muniek przez 1 rok pobytu u mnie, jakoś trudno się oswajał, zapadła decyzja o przyjęciu jeszcze jednego kociaka.
I tak trafiła do mnie Figa.
Wiejska dziewczynka,była taka maleńka, chyba trochę za wcześnie odebrano ją od matki.
Muniek ze sporymi oporami zaakceptował Figę. ....
Po pierwszym buncie, w końcu doszło do komitywy.
Muniek, ma decydujący głos w tym związku ;)
Koty doszły do jako takiego porozumienia i podzieliły się "obowiązkami".
Figa pilnuje godzin posiłków, a Muniek dopomina się o "spacery" dla kociego Państwa.
Muniek... Muniosław... Muńcio.....
Figa... Figula... Figunia......
W służbie tego Kociego Państwa, jakoś się odnalazłam.
Czasami wkurzam się na nie, ale taki to już los kociej służby.
Beata
Pierwsza kotka w moim życiu, właściwie nie była moja, tylko córki. Śliczna czarnula.
Sofi żyła 5 lat. Była wyjątkowo dystyngowaną kotką i nie dawała sobie w kaszę dmuchać. Żaden obcy nie był w stanie zaskarbić sobie jej sympatii. Niestety zachorowała i walka o jej życie, skończyła się porażką.
Po jej odejściu powiedziałam sobie..."nigdy więcej kotów, nigdy więcej troski o kocie zdrowie...."
Ten mój bunt trwał niecały miesiąc. Dom bez kota, wydał mi się pusty i zimny.
I tak trafił do mnie kocurek.
Muniek....zestresowany, wypłoszony kociak. Właściwie nie wiem czemu taki był, bo trafił do mnie z tzw. dobrego domu.. Jego mama przeszła cesarkę, kocięta były bardzo zadbane :)
Ponieważ Muniek przez 1 rok pobytu u mnie, jakoś trudno się oswajał, zapadła decyzja o przyjęciu jeszcze jednego kociaka.
I tak trafiła do mnie Figa.
Wiejska dziewczynka,była taka maleńka, chyba trochę za wcześnie odebrano ją od matki.
Muniek ze sporymi oporami zaakceptował Figę. ....
Po pierwszym buncie, w końcu doszło do komitywy.
Muniek, ma decydujący głos w tym związku ;)
Koty doszły do jako takiego porozumienia i podzieliły się "obowiązkami".
Figa pilnuje godzin posiłków, a Muniek dopomina się o "spacery" dla kociego Państwa.
Muniek... Muniosław... Muńcio.....
Figa... Figula... Figunia......
W służbie tego Kociego Państwa, jakoś się odnalazłam.
Czasami wkurzam się na nie, ale taki to już los kociej służby.
Beata
Subskrybuj:
Posty (Atom)




