Spodobała Ci się któraś z moich toreb?
Chciałabyś mieć torbę wyjątkową, niebanalną ?
Napisz :catinabagg@gmail.com
Kto pyta, nie błądzi :)

piątek, 3 stycznia 2014

Jak kotwica, niespodziankę mi przyniosła ;)

Niespodzianki lubię ogromnie :) Oczywiście te przyjemne !!!!!
Siedzę ja sobie na swoim pięterku i słyszę niebywały jazgot , w wykonaniu Kamy. Wyglądam przez okno i widzę pod bramą listonosza. A że nie jest częstym gościem u mnie, mało nóg sobie nie połamałam, pędząc po schodach.
Podczas odbioru przesyłki od listonosza, nastąpił niewielki zgrzyt. Kama, mój pies bohaterski,  zawzięcie mnie "broniła" i przez chwilę, dłoń listonosza była zagrożona jej kłami. No jakoś nie darzy tego człowieka sympatią.
 Po małym zamieszaniu, weszłam w końcu w posiadanie dużej, białej koperty :)
A wewnątrz niej, znalazłam to :
 Przesyłka dotarła do mnie z dalekiego kraju.....z Norwegii !!!!! A nadawcą jej, jest Róża prowadząca bloga Dojrzałe jest pyszne.
Zastanawiacie się czym zasłużyłam sobie na taką przesyłkę ?
Róża, poprosiła swoich czytelników, by obdarowali ją wirtualnymi prezentami, które najbardziej kojarzą się z jej osobą :) Kotwica, którą "sprezentowałam" Róży, okazała się strzałem w dziesiątkę ;))))
 I w ten sposób, dając wirtualny prezent, dostałam jak najbardziej realną niespodziankę :))))
Swoją niespodzianką Róża trafiła w tzw. sedno ;) Tytuł książki, mówi sam za siebie, mimo że w języku zupełnie obcym ;) Bo przecież aplikacje, to moje hobby :))))
I chociaż książka jest w niezrozumiałym mi narzeczu, to jest zilustrowana zdjęciami i rysunkami, które bez trudu umiem odcyfrować ;))))
Książka z dedykacją i kartka z pięknym norweskim widokiem
Paczuszka w czerwono-żółto-zielonym opakowaniu, to czekoladka, której już nie ma !!!!
A wnętrze książki, takie oto :

Oczywiście dużo więcej w niej się mieści, ale nie da rady wszystkiego pokazać :)
 Różo, dziękuję za radość jaką  mi sprawiłaś :)
Beata



poniedziałek, 30 grudnia 2013

Żegnaj !!!!!.....

Stary rok, pomału pakuje walizki i zabiera się w siną dal.
Jakoś nie bardzo go żałuję. Już w styczniu pokazał mi, że nie będzie łaskawy dla mnie.
Przyniósł mi sporo kłopotów i zmartwień. Szarpałam się z nim, walczyłam i jestem zmęczona.
Chyba po raz pierwszy, dokonuję swego rodzaju podsumowania, odchodzącego roku. Nie wypada to dla mnie zbyt dobrze, zaliczyłam więcej porażek niż sukcesów.
Z ulgą mówię "ŻEGNAJ STARY ROKU!.... pozabieraj te wszystkie smutki, żale. Zabierz kufry pełne starych śmieci. Posprzątaj ten bałagan, którym zatruwałeś mój spokój...spakuj się dokładnie....i idź sobie, byle dalej !"
Szczęśliwego Nowego Roku !!!!!!!
Beata

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Życzmy sobie.....

Grzyby na zupę namoczone, owoce na kompot także.....
Stroik "skomponowałam"...makowiec upieczony i moja ulubiona strucla orzechowa, też już gotowa :)
Jak zwykle, gdy człowiekowi zależy, to nie bardzo się udaje....trochę strucla popękała w pieczeniu, ale mam nadzieję, że będzie smakować jak należy ;)
Choinka, ta pod którą jutro pojawią się prezenty ;) rozkokosiła się w pokoju.
Od wielu lat, ubieram ją szmacianymi zabawkami...bo koty uwielbiają uprawiać na niej sporty różnego rodzaju...ze skokami w dal włącznie ;)
Dom pachnie ciastami, suszonymi grzybami i śliwkami...nic tylko zacząć świętować ;)

WESOŁYCH ŚWIĄT !!!!!
Życzę Wam cudownych, rodzinnych Świąt, byście ten czas spędzili z ludźmi Wam bliskimi, a jeśli to niemożliwe, życzę Wam by te kilka świątecznych dni, było wytchnieniem od codziennych kłopotów.
Beata

czwartek, 19 grudnia 2013

U bram moich......

Wczoraj gościa miałam ;)


Pod bramę podszedł bażant ! Spokojnie, przez kilka chwil, skubał resztki trawy.
Pierwszy raz taki gość u moich wrót ;)
Na pobliskich polach nieraz widziałam stado bażantów. Co jakiś czas pokazują się kuropatwy.
Zimą wiele razy widziałam sarny. Zdarzyło się nawet, że w nocy podeszły pod płot, a moja Kama dostawała "spazmów".
Któregoś roku, na swojej działce naliczyłam 12 jeży......
Ale bażant pod bramą !?..w biały dzień ?!......tego jeszcze nie było. Nawet Kama uszanowała gościa i nie straszyła swoim szczekaniem.
Zdjęcia robiłam przez okno, więc nie są najlepsze.
Bażant pożywił się nieco i pomaszerował w pola.
 Beata

wtorek, 17 grudnia 2013

Nie jestem Jagienką

Orzechy wczoraj wieczorem łupałam.
Ilość ich była ogromna...jakieś 5 kg  z łupinami. Orzechy od dawna czekały na łupanie...ale mi jakoś nie chciało się za to brać.
Tak sobie je łupałam i łupałam... dziadkiem do orzechów, rzecz oczywista. Właściwie, to grzybkiem drewnianym. Łupiny "skakały" po całej chałupie, co wzbudziło zainteresowanie kotów. Próbowały  te łupiny łapać w locie. No miały zabawę, a ja sprzątanie....
Łupanie orzechów, to niby żadna robota...orzech do grzybka, dokręcić kapelusz, wydłubać orzecha z łupiny...To" dokręcanie" kapelusza było sporym wyzwaniem dla moich rączek i przy okazji ćwiczyłam różne mięśnie z bicepsami włącznie.
Łupanie orzechów, poza tym że ciężka robota, to na dodatek żmudna dość . Urozmaicałam sobie tą pracę wymyślaniem różnych sposobów gniecenia łupin.. I mi się przypomniało, że w literaturze spotkałam się z opisem pięknej dziewoji, co to pośladki miała tak twarde, że orzechy nimi łupać mogła (?) Jeśli pamięć mnie nie myli, to taką piękną, nadobną i silną kobietę opisywał Sienkiewicz. 
Pośladkami.... orzechy ?!?!?!...Zastanawia mnie, jak też Jagienka tego dokonywała ? ...Współczuję kobiecie, bo po takim eksperymencie, pośladki musiała mieć posiniaczone i obolałe.
Nie wypróbowałam tej metody, moje pośladki zbyt delikatne, poza tym, ta część ciała niezbędna jest do codziennego funkcjonowania, więc mowy nie było żebym narażała ją na takie stresy ;) I chociaż pomysł Pana Sienkiewicza dość intrygujący jest, pozostałam przy starej, dobrej metodzie......
Dzisiaj pośladki mnie nie bolą, za to ręce już tak...ale siedzieć mogę, a na odciski na rękach zrobię sobie okłady z chleba i pajęczyny, to podobno dobra metoda na różne dolegliwości, to może i na moje odciski zadziała.
Dziadek-grzybek do orzechów i 1/3 mojego orzechowego urobku :)
Beata

piątek, 13 grudnia 2013

Mój antyk ;))))

Z sentymentem wspominam dom babci, leśniczówkę, zagubioną w lesie. To była zupełna głusza. Do najbliższego sąsiada jakieś 3-4 km, do sklepu prawie 5. Zimą bywało, że nie można było tam dotrzeć, bo śnieg uniemożliwiał poruszanie się, Nawet pieszo było trudno pokonać zaspy.
 Właściwie , to nie o tym chciałam pisać, ale tak mi się skojarzyło, bo przecież zima puka do okien.
W domu dziadków było dużo mebli, które do dzisiaj wspominam.
Szczególnie zapadły mi w pamięć dwa krzesła. Zupełnie nie wiem czy miały jakąkolwiek wartość, ale wyglądały na siedziska a'la "Ludwik XVI" ;) Jako mała dziewczynka lubiłam na nich przesiadywać i wyobrażałam sobie, że jestem księżniczką, w krynolinach.
Krzesła były gięte, bogato rzeźbione, pozłacane. Siedziska wyściełane pięknym materiałem. Oczywiście widać było, że czas nie oszczędził ich, ale i tak prezentowały się wytwornie.
Była też u babci etażerka z kryształowymi szybami. Jej drzwiczki zdobione były misternymi, kwiatowymi rzeźbami. Nie wiem skąd takie meble znalazły się u babci, bo to były meble, jak nie z babcinego świata. W każdym razie robiły na mnie wrażenie i pobudzały moją wyobraźnię.
Niestety te cuda przepadły, byłam młodą dziewczyną, kiedy dom dziadków był "likwidowany" i meble albo zostały spalone (!) albo trafiły do sąsiadów.
Sentyment do staroci pozostał mi i właściwie do dzisiaj nie mogę sobie darować, że pozwoliłam, żeby te "perełki" przepadły.
Tamtych mebli nie udało mi się uratować, ale kredens po drugiej babci, już tak :)
Przez wiele lat, podziwiałam ten kredens w kuchni babci Zeni. Wyobrażałam sobie, że jest baaaardzo stary.....Kredens trafił do piwnicy i służył do przechowywania przetworów. Strasznie było mi szkoda, że musi tam stać...ale w końcu nadeszła jego druga młodość.
Z piwnicy wydobywało go 6 chłopa...taki ciężki !!!!!
Był pokryty niezliczoną ilością lakieru, zdrapywałyśmy go z córką przez tydzień. Cały czas miałam nadzieję, że "dokopiemy" się do drewna. I jakie było moje rozczarowanie, kiedy spod lakieru zaczęły "wyłazić" jakieś płyty w kolorze paskudnego groszku ! Okazało się, że kredens nie jest tak stary jak przypuszczałam, znalazłam naklejoną metkę z rokiem produkcji......1951. No cóż...... liczyłam, że będę mieć mebel zdecydowanie starszy...no i ten groszkowy...paskudztwo! Jakoś trzeba było pozbyć się tego obrzydliwego koloru. Nie zostało nic innego, jak tylko zamalować :)  I uzyskałyśmy taki efekt
 Nadstawka została powieszona:)
Przynajmniej blat jest drewniany......a był obity brzydką ceratą.
Zmieniłam uchwyty.....
i kredens "robi" w mojej kuchni za antyk ;)
Beata

sobota, 7 grudnia 2013

Gryczanki

Naszło mnie, żeby podzielić się przepisem na kotlety gryczane. Zapewne są osoby, które go znają, ale może przyda się dla tych, dla których jest nowością ;)
Przepis zerżnęłam od siostry, która jako wieloletnia nie jadaczka mięsa, różne pomysły do swojego menu wprowadza. Sama jestem jak najbardziej mięsożerna, jak i moje potomstwo, ale te kotlety zrobiły furorę :)
Składniki :
2-3 woreczki kaszy gryczanej
1 opakowanie warzyw mrożonych (mieszanka warzywna)
1 cebula
2-3 jajka
bułka tarta (ilość zależna od kleistości kaszy)
sól, pieprz...i jakie tam przyprawy do głowy przyjdą i pod rękę się nawiną.

Do tej potrawy, należy długo gotować kaszę gryczaną. Dosyć niechętnie, robi się ona kleista, więc im dłużej, tym lepiej. W tym samym czasie na odrobinie oleju należy udusić warzywa z jedną cebulą, pokrojoną w kostkę. I tu najlepsze są mrożone ( mieszanka warzywna), bo szybko robi się z nich paćka ;) Można oczywiście "pobawić" się ze świeżymi, ale to wymaga dużo więcej czasu.
Na 2-3 torebki kaszy gryczanej, jedna paczka warzyw mrożonych. Chociaż od naszej inwencji zależy w jakich proporcjach połączymy te składniki. Na jeden woreczek kaszy, jedno jajko.....i bułka tarta.
Tak wygląda masa wstępna, kasza wymieszana z warzywami, jajka i bułka tarta. Jak łatwo się domyślić użyłam 3 woreczki kaszy, bo towarzystwo, pochłania kotlety w ilościach hurtowych ;)
Wymieszaną masę zostawiam na kilka minut, żeby bułka nabrała wilgoci i stała się kleiwem dla kotletów.
Następnie bierzemy się za formowanie kotletów.
Trochę to bywa skomplikowane, bo kasza gryczana jest chimeryczna i nie zawsze chce się ładnie formować.  Raz nawet nie uzyskałam kotletów, więc na patelni zrobiła się lekki kipisz....ale i tak rodzinie smakowało ;) Kotleciki obtaczamy w bułce tartej.....i na patelnię :)
Serwuję je z sosem pieczarkowym lub sosem czosnkowym na bazie jogurtu :)
Próbne smażenie się odbyło. Na trzy kotlety, jeden ma wygląd jak należy, więc go pokazuję ;) Kiedyś planowałyśmy z Lidką i Iloną, kulinarnie zawojować media...ale czy z tymi kotletami mogę jeszcze o tym marzyć????
Ciężki jest los gospodyni domowej !!!!
 -------------------------------------------------------------------------------------
Za oknem nadal wyje i gwiżdże, chociaż jakby, z nieco mniejszym zapałem. Za to w nocy poważnie bałam się o swój dach nad głową i to w dosłownym znaczeniu. Miałam wrażenie, że wietrzysko nie odpuści, póki nie zdejmie go z domu! Ponieważ pilnowałam go i siłą woli trzymałam na miejscu, jestem nie wyspana i prezentuję piękne podkowy pod oczami ;(
Beata